środa, 28 listopada 2012

O filmie, którego nie było

Zamknij oczy. Zobacz film niepokojący i trudny, film zlepiony z przydługich, statycznych ujęć, opowiadający w chaotyczny sposób kompletnie niespójną historię; film nakręcony tak, jak gdyby ekipa przez wszystkie dni zdjęciowe współpracowała ze sobą jedynie korespondencyjnie. Film z niejasną i zagmatwaną fabułą, bez momentu kulminacyjnego, głównego bohatera i jasnej puenty.
Teraz otwórz oczy. Oto soundtrack do tego filmu.

Album Soundtrack przekonał mnie, że zmienne niczym kobiety jest jeszcze tylko Lao Che. Nic równie zmiennego sobie nie przypominam. Kolejny raz płocka grupa umknęła włożeniu do którejś z tych wielkich szuflad, w ogromnej szafie stojącej w głównej komnacie ZAiKSu. Gatunkowy kalejdoskop na tej płycie potrafi wprawić w obłęd wszystkie zmysły. Muzyka na pierwszy rzut ucha przygniata ucho bezlitośnie, ale go nie miażdży. Faktem jednak jest, że jeśli dostrzegamy jakąś wartość na tej płycie, to dopiero za trzecim–czwartym okrążeniem lasera wokół krążka.

środa, 17 października 2012

Chcę Wam coś powiedzieć


Muchy zawsze były, są i będą znakiem rozpoznawczym słowiańskich krain środka Europy. Kto jest emigrantem (zwłaszcza takim z opowiadania Mrożka) dobrze wie, że nawet zwykła nieobecność much w powietrzu powoduje bolesne kłucie w sercu, wymieszane i wpompowane w cały układ krwionośny z tęsknotą za Tą, z którą sypiał Ciechowski. Przejaw wszelakich uczuć do swojego kraju może jednak nie wystąpić u każdego, kto zanotuje brak bzyczącego szumu, natomiast jeśli ktoś spotrzegłby brak Much na polskim rynku muzycznym, dostałby absolutne przyzwolenie na uronienie łezki.

Nie będę się rozpływał jak milka w gębie na temat tej płyty, muzycznie jest skokiem na bungee bez bungee. Muchy, jak na skrzydlate zwierzątka przystało, wyszły z tego bez szwanku, chociaż ich szanse były porównywalne z szansami Felixa Baumgartnera. Odważnym krokiem jest nagrać taki album jak chcecicospowiedziec, gdy poprzednia płyta składała się z samych materiałów na single. Muchy zaproponowały zmianę. Słuchanie muzyki z tej płyty ma coś z transplantologii – może się nie przyjąć od razu. Na wzór farmaceutycznych formułek proponowałbym ostrzegać „Uwaga, możliwe zaskoczenie, w przypadku zawodu, zaleca się posłuchać ponownie”. Uczciwie jednak muszę przyznać, że mimo wszelkich początkowych uprzedzeń, uzależniłem się od tego albumu i nie będę pierwszym, który wypowiada słowa pozornie tylko pochopne: to najlepszy krążek Much. Dojrzały w warstwie dźwiękowej jak i tekstowej.

czwartek, 27 września 2012

Projektowy koniec świata

Pierwsza moja myśl po odpakowaniu pudełka z przesłaną płytą? Podróbka. Chamstwo w państwie. Oszukali mnie. Bałbym się nazwać pochlebnymi przymiotniki, które przychodziły mi do głowy, żeby wyrazić swoją kontrahencką miłość w komentarzu do aukcji.
Płyta ewidentnie wygląda jakby pirat amator dorwał się do bloku technicznego i zaczął produkować płyty na domowej drukarce atramentowej. Nawet na próżno szukać na pudełku tego, co służy do uspokajania własnego sumienia, czyli hologramu ZAIKSu. To właśnie pierwsze myśli, które towarzyszą siejącej niepokój nowej (choć już nie tak nowej) płytki Kumki Olik „Nowy Koniec Świata”. Chociaż muzycznie dopięta jest na ostatni guzik, wizualnie nie tylko zapięta jest do połowy, ale i guziki przyszyto chaotycznie.

piątek, 14 września 2012

Powrót do klasyki

U każdego człowieka nadchodzi taki moment, gdy zapragnie powrotu do klasyki. W muzyce oznacza to zapętlenie w odtwarzaczu mozartowskiego Eine kleine Nachtmusik, w sztuce wizytę w muzeum, a w literaturze powrót do serii Poczytaj mi, mamo. W przypadku projektowania dla muzyki, jako klasykę pewnie powinno się wymienić znakomitą większość dyskografii Beatles’ów albo pryzmat Pink Floydów, ja jednak dziś o tej świeższej klasyce. O końcówce lat 90-tych, gdy iPod istniał jedynie w głowie Steve’a Jobsa, piraci internetowi powoli odzwyczajali się od dyskietek, a ludzie by posłuchać dobrej muzyki chodzili do sklepów i kupowali płyty. Co więcej, wirujące wówczas błędne koło polegało na tym, że artyści na płytach zarabiali i natychmiast nagrywali następne, przez co nie mieli kiedy jeździć na koncerty. Na szczęście powstał wyczekiwany przez artystów Internet.

piątek, 24 sierpnia 2012

W tym szaleństwie jest metoda

Zanim zacząłem wystukiwać kolejny wpis, kolega zapytał mnie czy tym razem mógłbym napisać o czymś innym niż o następnej młodej polskiej wokalistce spod znaku nowej fali alternatywy. Pomimo iż zapewne i tak go nie usatysfakcjonuję, bo kolejny wpis nie będzie dotyczył ani kosmosu, ani łazika na Marsie (a nie napiszę o tym nawet gdyby NASA wydało płytę), zmienię temat, żeby nie zanudzić na śmierć sympatyków astronautyki.
Jakiś wiek temu Mark Twain stwierdził, że zdrowie psychiczne i szczęście nigdy nie idą w parze. Więcej powiem – nie dobierają się też w pary z wrażliwością artystyczną, a już na pewno nigdy nie widziano ich w trójkę. Każdy szanujący się Kopernik wiedział o ludzkich skłonnościach do tytułowania geniuszy wariatami, a wszelkie komplementy prawione im były zaledwie pośmiertnie. Dziś sprawa wygląda dokładnie odwrotnie, nieśmiało wysnuwam więc tezę, że szaleńcem jest dziś ten, kto się do swojego szaleństwa publicznie przyznaje.

środa, 15 sierpnia 2012

Tatuś miał rację

Moment w którym z zaskoczeniem przyjmujemy do wiadomości, że coś jakościowo wyjątkowego jest polskiej produkcji przeżył chyba każdy z nas, przynajmniej raz w życiu. Z tym większą dokładnością należy zanotować kolejny przypadek cudownej epidemii jaka zaczyna panować na naszym rynku muzycznym.

To jedna z tych płyt, które powinno się trzymać w lodówce, by po otwarciu pudełka unosił się z niego zimny dym. Ta okładka leży w mojej płytowej poczekalni już od kilku miesięcy. W grudniu od samej premiery płyty minie już rok. Widocznie ta jesienno-zimowa aura połowy sierpnia skłoniła mnie do rozliczenia się z owocami zeszłorocznej zimy – faktem jest, że Daddy says I’m special słuchać należy w temperaturze poniżej pokojowej.

wtorek, 31 lipca 2012

Sztuka rozbierania

Dawno się nie zdarzyło tak, żeby po premierze singla zapowiadającego płytę, znakomita większość komentarzy dotyczyła nie utworu, ani nawet nie teledysku, a okładki. Owszem, wizualna strona albumu musi być w samej czołówce obsady, nie wiem tylko czy swoją rolą powinna przyćmiewać muzykę. Cóż, nawet najstarsze ukraińskie feministki wiedzą, że żeby czemukolwiek załatwić odpowiedni rozgłos, trzeba się rozebrać. Mowa oczywiście o elektryzującej media okładce zapowiadanego albumu Bat For Lashes The Haunted Man.

Można by powiedzieć „ktoś znany pokazał trochę ciała i jest medialna biegunka”. Takie zdania pojawiają się zawsze. Jednak w projektowaniu nic nigdy nie jest takie proste i oczywiste, jak się Junior Brand Managerom może wydawać. Zlecenie wykonania okładki dostał Ryan McGinley. Po pierwsze – wcale nie tak łatwo rozebrać celebrytę. Kto nie wierzy, niech zapyta Marcina Mellera (swoją drogą, może właśnie dlatego zrezygnował dziś z funkcji naczelnego Playboya?). Po drugie – warto znać fotografie jak i postać samego McGinley’a. To amerykański fotograf, którego wychowało graffiti, deskorolki, muzyka na kasetach i subkultury lat osiemdziesiątych. Słowem – cała moralność, która powszechnie panowała w Nowym Jorku pod koniec ubiegłego tysiąclecia. Facet dał się już poznać przy realizacji coverartu dla Sigura Rósa, do albumu o dźwięcznie brzmiącym i jakże prostym do wymówienia tytule Með Suð Í Eyrum Við Spilum Endalaust (tutaj puszczam oko do studentów islandystyki).

niedziela, 22 lipca 2012

Skok ze spadochronem


Ostatnio w polskiej muzyce dzieje się prawie tak dobrze jak w polskiej siatkówce – osobiście czuję się wręcz rozpieszany przez polski rynek muzyczny młodymi wokalistkami z konkretnym i przekonującym pomysłem na siebie. Co prawda można mi zarzucić słabość do pięknych kobiet przed mikrofonem, ale to nie dlatego w ciągu doby od pierwszego zachłyśnięcia się tą muzyką w mojej płytotece pojawił się kolejny album. Zastanawiam się tylko na ile nadeszły dobre czasy, a na ile jest to bańka mydlana, która rozdmuchana może prysnąć.

Nie lubię porównań do innych artystów z jednego względu – zwykle brzmią jak zarzut nieoryginalności. Tymczasem Mela Koteluk może i kojarzy się z Kasią Nosowską, ale po pierwszym zderzeniu naszych bębenków z głosem Meli, w muzycznych zwojach mózgu pojawia się nowy fałd o nazwie „Mela Koteluk” właśnie. Zresztą, mam wrażenie, że nikogo nie trzeba będzie przekonywać, że Mela niczego ani nikogo nie kopiuje.

Oczywista jak wyniki wyborów prezydenckich w Rosji jest konieczność opakowania takiej muzyki odpowiednio do jej jakości. Autorką fotografii i całego opracowania graficznego albumu jest Honorata Karapuda (aż ciśnie się na usta jakiś suchar typu „Jak się nazywa japońska projektantka graficzna?”, mam nadzieję, że Honorata mi wybaczy).

poniedziałek, 16 lipca 2012

Najlepsze okładki albumów 2011

W muzyce wieje ostatnio wakacyjną nudą, w kraju słyszymy, że wraz z kolejnym koncertem Madonny szykuje się kolejny protest przeciwko jej koncertowi, a jedyne trąby o jakich ostatnio się mówi, nie mają nic wspólnego z muzyką.
Jak na porę letnią przystało, wziąłem się więc za wiosenne porządki na blogu. Stopniowo będzie się zmieniał layout – mniej więcej z częstotliwością pojednań w polskim sejmie. W końcu każdy nieład trzeba nie tyle upiększyć, co zredukować do niezbędnego minimum, całkiem nieumyślnie upiększając tym samym.
Less is more, wiedza stara jak świat i ogólnodostępna, choć wciąż tajemna i widocznie zakazana dla właścicieli polskich firm z nazwami kończącymi się na "x".

wtorek, 10 lipca 2012

Od tandety do rakiety

Ostatnio było o stronach www festiwali muzycznych, dlatego żeby nie było nudno i monotematycznie, dziś będzie o tym samym. Co prawda już wrzucałem jeden z kilkudziesięciu napisanych już przeze mnie postów, już witałem się z gąską, aż tu razem z gdyńską bryzą zawiało od Bałtyku nowym webdesignem na stronie Openera.
Decybele Dizajnu cieszą się ogromnie, że Alter Art nie tylko czyta naszego bloga, ale też tak szybko reaguje na nasze uwagi o kiepskiej kondycji stron polskich festiwali.

Sam Open’er uważam za udany, chociaż nie mnie to oceniać, bo byłem tylko na jednym dniu festiwalu. Swoją drogą, nosząc na ręce opaskę innego koloru niż wszyscy, można się czuć jak murzyn na amerykańskiej plaży w latach czterdziestych. Nawet przejście się po krakowskim rynku w stroju Borata nie zapewni Wam takiej zauważalności.

piątek, 29 czerwca 2012

Jak cię widzą, tak cię słyszą

Kilka dni temu zaczęło się lato. Pora roku szczególnie ubóstwiana przez tanorektyków, grillujących Wujków Marianów i prezesa PZPN. Ale jest jeszcze jedna grupa, która z euforią reaguje na to, co niesie ze sobą lato – celem, sensem i powodem do ukończenia sesji na studiach bądź dotrwania do urlopu są im festiwale muzyczne. Festiwale lubią wszak wszyscy, każdy znajdzie coś dla siebie, i ortodoksyjny hipster, i student wózkologii widłowej – od Openera po Slota, od Taurona po OFFa, od Festiwalu Piosenki Radzieckiej po Piknik Country w Mrągowie.

piątek, 15 czerwca 2012

Soundtracki – szkoła kadrowania plakatów

Proszę odłożyć pistolet – tym dwuznacznym tekstem kierowanym do mężczyzny obok zabił mnie ostatnio kasjer na stacji benzynowej. Gdyby nie źle odłożony pistolet dystrybutora, pewnie byłbym świadkiem napadu. O równie mały włos byłbym świadkiem katastrofy w skali kraju – dziś w nocy naszą planetę łaskawie ominął planetoid o średnicy pół kilometra, pędzący przez kosmos z niedozwoloną prędkością. Podobno miał uderzyć w Polskę, ale pan Sikorski przestraszył się problemów w czasie Euro i podpisał nasze przystąpienie do Europejskiej Agencji Kosmicznej. A czy możliwe są katastrofy graficzne przy okładkach do soundtracków? Nie ma chyba bardziej wizualno-muzycznej mieszanki niż projekt graficzny okładki płyty, która zawiera muzykę do filmu – to coś jak Taniec z gwiazdami na lodzie, bijącymi się na głosy, i to najlepiej na dwunastogłosowe utwory.

czwartek, 31 maja 2012

I am? Am I? Who am I?

Błąkając się ostatnio bez mapy po internecie, natknąłem się na coś, co media nazywają projektem muzycznym. Zwykle takie rewelacje leżą w internecie jak zdarza się leżeć grabiom w trawie. Począwszy od nazwy "iamamiwhoami" każda kolejna informacja na temat pięknej blondynki o skandynawskiej urodzie okazywała się być niepokojąco podejrzana.
Nie jestem wprawdzie Krzysztofem Kolumbem internetu, bo dla niektórych Iamamiwhoami to żadna nowość, ten wirus wpompowano do sieci w grudniu 2009 roku, ale myślę, że wielu ludzi nie zgubiło się jeszcze w tym miejscu internetu co ja.

niedziela, 27 maja 2012

Open’er w kieszeni

Tak samo jak od muzyki, tak i od reklamy mamy w Polsce sporą grupę specjalistów. Wczoraj oglądałem wywiad, w którym dziennikarka muzyczna zapytała Julię Marcell „dlaczego wyjechałaś z Niemczech żeby nagrywać płytę?”. Bo w Polsce, jak wszyscy dobrze wiemy, trzeba wyjechać z Niemczech, żeby móc coś nagrać. Doświadczeni donoszą, że zdecydowanie łatwiej w tym celu wyjeżdża się z Włoszech.
Z kolei w takiej reklamie telewizyjnej — trzeba wielu lat studiów, a później tyle samo praktyki, żeby wiedzieć ile razy w reklamie Cilit Aktywna Piana musi paść fraza aktywna piana. Wrażenie, że jesteśmy traktowani jak kretyni jest całkowicie złudne.

piątek, 25 maja 2012

Drewniany Chłopiec

Zarówno optymiści jak i pesymiści twierdzą, że świat stoi przed nimi otworem, róznica jest taka, że ci drudzy wiedzą o jaki otwór chodzi — tymczasem pewien Francuz, niepoprawny optymista, w całym swoim szaleństwie zamieszkał w pokoju bez jednej ściany zwanym sceną i to jest właśnie jego otwór na świat.
Tym optymistą jest Yoann Lemoine, szerzej znany pod pseudonimem Woodkid. Bo kim jak nie optymistą w tłumie pesymistów nazwać artystę koncertującego po świecie z jedynie dwoma EPkami na swoim koncie? Niepisaną zasadą jest niewyruszanie w trasę bez przynajmniej jednego długogrającego albumu w dyskografii; wyjątków jest niewiele.
A Woodkid premierę swojego pierwszego long playa "Golden Age" zapowiada dopiero na koniec tego roku.

poniedziałek, 21 maja 2012

Najseksowniejsze okładki płytowe

Jak miałem 8 lat, na werandzie znalazłem gazetę typu Playboy, w której zobaczyłem pięknie zbudowaną, nagą kobietę w dżungli. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nagle na werandę wszedł mój tato i usiadł przy mnie. Wziął bez słowa pismo, położył na swoim lewym kolanie i zaczął w ciszy ze mną oglądać. Każda przerzucana przez niego strona jak cegła uderzała w moje prawe kolano. W połowie oglądania powiedział: „Podziwiaj synu piękno kobiety” — to wspomnienie inicjacji Wojciecha Mecwaldowskiego, o którym wspomina w wywiadzie dla Playboya.

My, faceci, pięknem puchu marnego zachwycamy się od zarania dziejów, jeszcze przed wynalezieniem Playboya. Więcej powiem — sztuka powstała z powodu kobiet i większość historii sztuki stanowią próby uchwycenia tego „och”, przez które pierwszy mężczyzna zapragnął zaludnić Ziemię. Co prawda, są gusta, guściki i bezguścia, stąd wyżej wymieniony magazyn przez lata wypracował sobie nieco wypaczony i niepokojący sposób zachwycania się pięknem kobiety — nazwałbym to czymś w rodzaju pokazu możliwości chirurgii plastycznej połączonym z dokumentacją fotograficzną operowanej.

piątek, 4 maja 2012

Koniec wieńczy dzieło

Dziś będzie nietypowo. Kalliope brutalnie natchnęła mnie wczoraj w kinie. W czasie filmu. W drugiej połowie filmu. Tak dokładnie to pod koniec filmu. Właściwie, na napisach końcowych.

Bo jeśli film jest dobry – a i takie zdarza się dziś wyświetlać w kinach- to w całym genialnym i harmonijnym splocie obrazów i dialogów swojej opowieści autor przygotował też dla widza moment zadumy – błogą czerń z muzyką i nienachalną wzmianką o ludziach pracujących na sukces filmu.
Niewątpliwie wyjątkowa okazja, żeby przetrawić sumę treści, wrażeń i przesłań lub utrzymać choć na kilka minut ewentualne katharsis w dźwiękach utworu, który już zawsze będziemy kojarzyć z obejrzanym filmem. Tymczaem jedyna zaduma jaka mnie ogarnia pod koniec filmu to dylemat – czy to zapalenie pęcherza moczowego czy wszechogarniająca znieczulica jest powodem zbiorowego ataku panicznego ubierania kurtki na sam widok napisu „wystąpili”?

piątek, 27 kwietnia 2012

Sztuka z kraju Wisłą i Odrą płynącego


Wczoraj odbyła się gala Fryderyków- bo przesadą byłoby napisać, że wczoraj pokazano transmisję z gali- nie minęła godzina, a TVP musiała przerwać, by pokazać relację na żywo z tragicznego siedemset czterdziestego szóstego odcinka Barw Szczęścia. Zapewne większość oglądających galę na tę wieść zamieniła się w słup soli, na szczęście wysokość słupków oglądalności po tej niebezpiecznie dużej dawce kultury w publicznej telewizji wróciła do normy.

środa, 18 kwietnia 2012

Seks, alkohol i papierosy, czyli jazz


Dziś zaczął się wrocławski festiwal Jazz nad Odrą – jest to nie tyle powód, co wymówka na napisanie dzisiejszej notki. Ale o tym za chwilę.
Na pewno wymądrzanie się na temat jazzu byłoby co najmniej nie na miejscu. Bo niby ta muzyka łączy, niby dzieli. Louis Armstrong stwierdził na przykład, że jazz to najskuteczniejsza broń w walce z rasizmem, bo dobra gra na trąbce oślepia na kolor skóry grającego. Wiadomo jednak, że „muzykiem się jest, ale jazzmanem bywa” i podobnie jest z odbiorcami- są miłośnicy jazzu i są ludzie, którzy słysząc jazz zastanawiają się czy to oni opuścili w szkole kilka lekcji muzyki, czy ten zespół.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Ministerstwo kroków do przodu

"Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu!"- słowa wypowiedziane w czasach o których nie mogę mieć żadnego pojęcia, bo nie stałem pół dnia w kolejce po pieczywo.
Ale wchodząc do Empiku i zerkając na półki działu Muzyka, albo na ścianę płaczu TOP 30 najlepiej sprzedających się płyt w Media Markt, zastanawiam się ile kroków dzieli autorów niektórych okładek od przepaści.
Daleko mi do przesady, nie mam zamiaru nikogo publicznie pogrążać- to rola telewizji. Złe projekty wcale nie są w swojej "złości" złe, są raczej przeciętne. Stety niestety, przeciętny dizajn staje się nijaki- nie bije po oczach ani blaskiem dzieła sztuki, ani brzydotą odpustowych składanek disco-polo.