Dawno się nie zdarzyło tak, żeby po premierze singla zapowiadającego płytę, znakomita większość komentarzy dotyczyła nie utworu, ani nawet nie teledysku, a okładki. Owszem, wizualna strona albumu musi być w samej czołówce obsady, nie wiem tylko czy swoją rolą powinna przyćmiewać muzykę. Cóż, nawet najstarsze ukraińskie feministki wiedzą, że żeby czemukolwiek załatwić odpowiedni rozgłos, trzeba się rozebrać. Mowa oczywiście o elektryzującej media okładce zapowiadanego albumu Bat For Lashes The Haunted Man.
Można by powiedzieć „ktoś znany pokazał trochę ciała i jest medialna biegunka”. Takie zdania pojawiają się zawsze. Jednak w projektowaniu nic nigdy nie jest takie proste i oczywiste, jak się Junior Brand Managerom może wydawać. Zlecenie wykonania okładki dostał Ryan McGinley. Po pierwsze – wcale nie tak łatwo rozebrać celebrytę. Kto nie wierzy, niech zapyta Marcina Mellera (swoją drogą, może właśnie dlatego zrezygnował dziś z funkcji naczelnego Playboya?). Po drugie – warto znać fotografie jak i postać samego McGinley’a. To amerykański fotograf, którego wychowało graffiti, deskorolki, muzyka na kasetach i subkultury lat osiemdziesiątych. Słowem – cała moralność, która powszechnie panowała w Nowym Jorku pod koniec ubiegłego tysiąclecia. Facet dał się już poznać przy realizacji coverartu dla Sigura Rósa, do albumu o dźwięcznie brzmiącym i jakże prostym do wymówienia tytule Með Suð Í Eyrum Við Spilum Endalaust (tutaj puszczam oko do studentów islandystyki).
wtorek, 31 lipca 2012
niedziela, 22 lipca 2012
Skok ze spadochronem
Ostatnio w polskiej muzyce dzieje się prawie tak dobrze jak w polskiej siatkówce – osobiście czuję się wręcz rozpieszany przez polski rynek muzyczny młodymi wokalistkami z konkretnym i przekonującym pomysłem na siebie. Co prawda można mi zarzucić słabość do pięknych kobiet przed mikrofonem, ale to nie dlatego w ciągu doby od pierwszego zachłyśnięcia się tą muzyką w mojej płytotece pojawił się kolejny album. Zastanawiam się tylko na ile nadeszły dobre czasy, a na ile jest to bańka mydlana, która rozdmuchana może prysnąć.
Nie lubię porównań do innych artystów z jednego względu – zwykle brzmią jak zarzut nieoryginalności. Tymczasem Mela Koteluk może i kojarzy się z Kasią Nosowską, ale po pierwszym zderzeniu naszych bębenków z głosem Meli, w muzycznych zwojach mózgu pojawia się nowy fałd o nazwie „Mela Koteluk” właśnie. Zresztą, mam wrażenie, że nikogo nie trzeba będzie przekonywać, że Mela niczego ani nikogo nie kopiuje.
Oczywista jak wyniki wyborów prezydenckich w Rosji jest konieczność opakowania takiej muzyki odpowiednio do jej jakości. Autorką fotografii i całego opracowania graficznego albumu jest Honorata Karapuda (aż ciśnie się na usta jakiś suchar typu „Jak się nazywa japońska projektantka graficzna?”, mam nadzieję, że Honorata mi wybaczy).
poniedziałek, 16 lipca 2012
Najlepsze okładki albumów 2011
W muzyce wieje ostatnio wakacyjną nudą, w kraju słyszymy, że wraz z kolejnym koncertem Madonny szykuje się kolejny protest przeciwko jej koncertowi, a jedyne trąby o jakich ostatnio się mówi, nie mają nic wspólnego z muzyką.
Jak na porę letnią przystało, wziąłem się więc za wiosenne porządki na blogu. Stopniowo będzie się zmieniał layout – mniej więcej z częstotliwością pojednań w polskim sejmie. W końcu każdy nieład trzeba nie tyle upiększyć, co zredukować do niezbędnego minimum, całkiem nieumyślnie upiększając tym samym.
Less is more, wiedza stara jak świat i ogólnodostępna, choć wciąż tajemna i widocznie zakazana dla właścicieli polskich firm z nazwami kończącymi się na "x".
Jak na porę letnią przystało, wziąłem się więc za wiosenne porządki na blogu. Stopniowo będzie się zmieniał layout – mniej więcej z częstotliwością pojednań w polskim sejmie. W końcu każdy nieład trzeba nie tyle upiększyć, co zredukować do niezbędnego minimum, całkiem nieumyślnie upiększając tym samym.
Less is more, wiedza stara jak świat i ogólnodostępna, choć wciąż tajemna i widocznie zakazana dla właścicieli polskich firm z nazwami kończącymi się na "x".
wtorek, 10 lipca 2012
Od tandety do rakiety
Ostatnio było o stronach www festiwali muzycznych, dlatego żeby nie było nudno i monotematycznie, dziś będzie o tym samym. Co prawda już wrzucałem jeden z kilkudziesięciu napisanych już przeze mnie postów, już witałem się z gąską, aż tu razem z gdyńską bryzą zawiało od Bałtyku nowym webdesignem na stronie Openera.
Decybele Dizajnu cieszą się ogromnie, że Alter Art nie tylko czyta naszego bloga, ale też tak szybko reaguje na nasze uwagi o kiepskiej kondycji stron polskich festiwali.
Sam Open’er uważam za udany, chociaż nie mnie to oceniać, bo byłem tylko na jednym dniu festiwalu. Swoją drogą, nosząc na ręce opaskę innego koloru niż wszyscy, można się czuć jak murzyn na amerykańskiej plaży w latach czterdziestych. Nawet przejście się po krakowskim rynku w stroju Borata nie zapewni Wam takiej zauważalności.
Decybele Dizajnu cieszą się ogromnie, że Alter Art nie tylko czyta naszego bloga, ale też tak szybko reaguje na nasze uwagi o kiepskiej kondycji stron polskich festiwali.
Sam Open’er uważam za udany, chociaż nie mnie to oceniać, bo byłem tylko na jednym dniu festiwalu. Swoją drogą, nosząc na ręce opaskę innego koloru niż wszyscy, można się czuć jak murzyn na amerykańskiej plaży w latach czterdziestych. Nawet przejście się po krakowskim rynku w stroju Borata nie zapewni Wam takiej zauważalności.
piątek, 29 czerwca 2012
Jak cię widzą, tak cię słyszą
Kilka dni temu zaczęło się lato. Pora roku szczególnie ubóstwiana przez tanorektyków, grillujących Wujków Marianów i prezesa PZPN. Ale jest jeszcze jedna grupa, która z euforią reaguje na to, co niesie ze sobą lato – celem, sensem i powodem do ukończenia sesji na studiach bądź dotrwania do urlopu są im festiwale muzyczne. Festiwale lubią wszak wszyscy, każdy znajdzie coś dla siebie, i ortodoksyjny hipster, i student wózkologii widłowej – od Openera po Slota, od Taurona po OFFa, od Festiwalu Piosenki Radzieckiej po Piknik Country w Mrągowie.
piątek, 15 czerwca 2012
Soundtracki – szkoła kadrowania plakatów
Proszę odłożyć pistolet – tym dwuznacznym tekstem kierowanym do mężczyzny obok zabił mnie ostatnio kasjer na stacji benzynowej. Gdyby nie źle odłożony pistolet dystrybutora, pewnie byłbym świadkiem napadu. O równie mały włos byłbym świadkiem katastrofy w skali kraju – dziś w nocy naszą planetę łaskawie ominął planetoid o średnicy pół kilometra, pędzący przez kosmos z niedozwoloną prędkością. Podobno miał uderzyć w Polskę, ale pan Sikorski przestraszył się problemów w czasie Euro i podpisał nasze przystąpienie do Europejskiej Agencji Kosmicznej. A czy możliwe są katastrofy graficzne przy okładkach do soundtracków? Nie ma chyba bardziej wizualno-muzycznej mieszanki niż projekt graficzny okładki płyty, która zawiera muzykę do filmu – to coś jak Taniec z gwiazdami na lodzie, bijącymi się na głosy, i to najlepiej na dwunastogłosowe utwory.czwartek, 31 maja 2012
I am? Am I? Who am I?
Błąkając się ostatnio bez mapy po internecie, natknąłem się na coś, co media nazywają projektem muzycznym. Zwykle takie rewelacje leżą w internecie jak zdarza się leżeć grabiom w trawie. Począwszy od nazwy "iamamiwhoami" każda kolejna informacja na temat pięknej blondynki o skandynawskiej urodzie okazywała się być niepokojąco podejrzana.
Nie jestem wprawdzie Krzysztofem Kolumbem internetu, bo dla niektórych Iamamiwhoami to żadna nowość, ten wirus wpompowano do sieci w grudniu 2009 roku, ale myślę, że wielu ludzi nie zgubiło się jeszcze w tym miejscu internetu co ja.
Nie jestem wprawdzie Krzysztofem Kolumbem internetu, bo dla niektórych Iamamiwhoami to żadna nowość, ten wirus wpompowano do sieci w grudniu 2009 roku, ale myślę, że wielu ludzi nie zgubiło się jeszcze w tym miejscu internetu co ja.
niedziela, 27 maja 2012
Open’er w kieszeni
Tak samo jak od muzyki, tak i od reklamy mamy w Polsce sporą grupę specjalistów. Wczoraj oglądałem wywiad, w którym dziennikarka muzyczna zapytała Julię Marcell „dlaczego wyjechałaś z Niemczech żeby nagrywać płytę?”. Bo w Polsce, jak wszyscy dobrze wiemy, trzeba wyjechać z Niemczech, żeby móc coś nagrać. Doświadczeni donoszą, że zdecydowanie łatwiej w tym celu wyjeżdża się z Włoszech.
Z kolei w takiej reklamie telewizyjnej — trzeba wielu lat studiów, a później tyle samo praktyki, żeby wiedzieć ile razy w reklamie Cilit Aktywna Piana musi paść fraza aktywna piana. Wrażenie, że jesteśmy traktowani jak kretyni jest całkowicie złudne.
Z kolei w takiej reklamie telewizyjnej — trzeba wielu lat studiów, a później tyle samo praktyki, żeby wiedzieć ile razy w reklamie Cilit Aktywna Piana musi paść fraza aktywna piana. Wrażenie, że jesteśmy traktowani jak kretyni jest całkowicie złudne.
piątek, 25 maja 2012
Drewniany Chłopiec
Zarówno optymiści jak i pesymiści twierdzą, że świat stoi przed nimi otworem, róznica jest taka, że ci drudzy wiedzą o jaki otwór chodzi — tymczasem pewien Francuz, niepoprawny optymista, w całym swoim szaleństwie zamieszkał w pokoju bez jednej ściany zwanym sceną i to jest właśnie jego otwór na świat.
Tym optymistą jest Yoann Lemoine, szerzej znany pod pseudonimem Woodkid. Bo kim jak nie optymistą w tłumie pesymistów nazwać artystę koncertującego po świecie z jedynie dwoma EPkami na swoim koncie? Niepisaną zasadą jest niewyruszanie w trasę bez przynajmniej jednego długogrającego albumu w dyskografii; wyjątków jest niewiele.
A Woodkid premierę swojego pierwszego long playa "Golden Age" zapowiada dopiero na koniec tego roku.
Tym optymistą jest Yoann Lemoine, szerzej znany pod pseudonimem Woodkid. Bo kim jak nie optymistą w tłumie pesymistów nazwać artystę koncertującego po świecie z jedynie dwoma EPkami na swoim koncie? Niepisaną zasadą jest niewyruszanie w trasę bez przynajmniej jednego długogrającego albumu w dyskografii; wyjątków jest niewiele.
A Woodkid premierę swojego pierwszego long playa "Golden Age" zapowiada dopiero na koniec tego roku.
poniedziałek, 21 maja 2012
Najseksowniejsze okładki płytowe
Jak miałem 8 lat, na werandzie znalazłem gazetę typu Playboy, w której zobaczyłem pięknie zbudowaną, nagą kobietę w dżungli. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nagle na werandę wszedł mój tato i usiadł przy mnie. Wziął bez słowa pismo, położył na swoim lewym kolanie i zaczął w ciszy ze mną oglądać. Każda przerzucana przez niego strona jak cegła uderzała w moje prawe kolano. W połowie oglądania powiedział: „Podziwiaj synu piękno kobiety” — to wspomnienie inicjacji Wojciecha Mecwaldowskiego, o którym wspomina w wywiadzie dla Playboya.
My, faceci, pięknem puchu marnego zachwycamy się od zarania dziejów, jeszcze przed wynalezieniem Playboya. Więcej powiem — sztuka powstała z powodu kobiet i większość historii sztuki stanowią próby uchwycenia tego „och”, przez które pierwszy mężczyzna zapragnął zaludnić Ziemię. Co prawda, są gusta, guściki i bezguścia, stąd wyżej wymieniony magazyn przez lata wypracował sobie nieco wypaczony i niepokojący sposób zachwycania się pięknem kobiety — nazwałbym to czymś w rodzaju pokazu możliwości chirurgii plastycznej połączonym z dokumentacją fotograficzną operowanej.
My, faceci, pięknem puchu marnego zachwycamy się od zarania dziejów, jeszcze przed wynalezieniem Playboya. Więcej powiem — sztuka powstała z powodu kobiet i większość historii sztuki stanowią próby uchwycenia tego „och”, przez które pierwszy mężczyzna zapragnął zaludnić Ziemię. Co prawda, są gusta, guściki i bezguścia, stąd wyżej wymieniony magazyn przez lata wypracował sobie nieco wypaczony i niepokojący sposób zachwycania się pięknem kobiety — nazwałbym to czymś w rodzaju pokazu możliwości chirurgii plastycznej połączonym z dokumentacją fotograficzną operowanej.
piątek, 4 maja 2012
Koniec wieńczy dzieło
Dziś będzie nietypowo. Kalliope brutalnie natchnęła mnie wczoraj w kinie. W czasie filmu. W drugiej połowie filmu. Tak dokładnie to pod koniec filmu. Właściwie, na napisach końcowych.
Bo jeśli film jest dobry – a i takie zdarza się dziś wyświetlać w kinach- to w całym genialnym i harmonijnym splocie obrazów i dialogów swojej opowieści autor przygotował też dla widza moment zadumy – błogą czerń z muzyką i nienachalną wzmianką o ludziach pracujących na sukces filmu.
Niewątpliwie wyjątkowa okazja, żeby przetrawić sumę treści, wrażeń i przesłań lub utrzymać choć na kilka minut ewentualne katharsis w dźwiękach utworu, który już zawsze będziemy kojarzyć z obejrzanym filmem. Tymczaem jedyna zaduma jaka mnie ogarnia pod koniec filmu to dylemat – czy to zapalenie pęcherza moczowego czy wszechogarniająca znieczulica jest powodem zbiorowego ataku panicznego ubierania kurtki na sam widok napisu „wystąpili”?
Bo jeśli film jest dobry – a i takie zdarza się dziś wyświetlać w kinach- to w całym genialnym i harmonijnym splocie obrazów i dialogów swojej opowieści autor przygotował też dla widza moment zadumy – błogą czerń z muzyką i nienachalną wzmianką o ludziach pracujących na sukces filmu.
Niewątpliwie wyjątkowa okazja, żeby przetrawić sumę treści, wrażeń i przesłań lub utrzymać choć na kilka minut ewentualne katharsis w dźwiękach utworu, który już zawsze będziemy kojarzyć z obejrzanym filmem. Tymczaem jedyna zaduma jaka mnie ogarnia pod koniec filmu to dylemat – czy to zapalenie pęcherza moczowego czy wszechogarniająca znieczulica jest powodem zbiorowego ataku panicznego ubierania kurtki na sam widok napisu „wystąpili”?
piątek, 27 kwietnia 2012
Sztuka z kraju Wisłą i Odrą płynącego
Wczoraj odbyła się gala Fryderyków- bo przesadą byłoby napisać, że wczoraj pokazano transmisję z gali- nie minęła godzina, a TVP musiała przerwać, by pokazać relację na żywo z tragicznego siedemset czterdziestego szóstego odcinka Barw Szczęścia. Zapewne większość oglądających galę na tę wieść zamieniła się w słup soli, na szczęście wysokość słupków oglądalności po tej niebezpiecznie dużej dawce kultury w publicznej telewizji wróciła do normy.
środa, 18 kwietnia 2012
Seks, alkohol i papierosy, czyli jazz
Dziś zaczął się wrocławski festiwal Jazz nad Odrą – jest to nie tyle powód, co wymówka na napisanie dzisiejszej notki. Ale o tym za chwilę.
Na pewno wymądrzanie się na temat jazzu byłoby co najmniej nie na miejscu. Bo niby ta muzyka łączy, niby dzieli. Louis Armstrong stwierdził na przykład, że jazz to najskuteczniejsza broń w walce z rasizmem, bo dobra gra na trąbce oślepia na kolor skóry grającego. Wiadomo jednak, że „muzykiem się jest, ale jazzmanem bywa” i podobnie jest z odbiorcami- są miłośnicy jazzu i są ludzie, którzy słysząc jazz zastanawiają się czy to oni opuścili w szkole kilka lekcji muzyki, czy ten zespół.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Ministerstwo kroków do przodu
"Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu!"- słowa wypowiedziane w czasach o których nie mogę mieć żadnego pojęcia, bo nie stałem pół dnia w kolejce po pieczywo.
Ale wchodząc do Empiku i zerkając na półki działu Muzyka, albo na ścianę płaczu TOP 30 najlepiej sprzedających się płyt w Media Markt, zastanawiam się ile kroków dzieli autorów niektórych okładek od przepaści.
Daleko mi do przesady, nie mam zamiaru nikogo publicznie pogrążać- to rola telewizji. Złe projekty wcale nie są w swojej "złości" złe, są raczej przeciętne. Stety niestety, przeciętny dizajn staje się nijaki- nie bije po oczach ani blaskiem dzieła sztuki, ani brzydotą odpustowych składanek disco-polo.
Ale wchodząc do Empiku i zerkając na półki działu Muzyka, albo na ścianę płaczu TOP 30 najlepiej sprzedających się płyt w Media Markt, zastanawiam się ile kroków dzieli autorów niektórych okładek od przepaści.
Daleko mi do przesady, nie mam zamiaru nikogo publicznie pogrążać- to rola telewizji. Złe projekty wcale nie są w swojej "złości" złe, są raczej przeciętne. Stety niestety, przeciętny dizajn staje się nijaki- nie bije po oczach ani blaskiem dzieła sztuki, ani brzydotą odpustowych składanek disco-polo.
piątek, 30 marca 2012
Złe dobrego początki
Andrzej Poniedzielski powiedział kiedyś, że żyjemy w społeczeństwie coraz bardziej świadomym kulturalnie- rośnie w naszym kraju liczba osób, które mniej więcej podejrzewają z której strony siada się do fortepianu, i to przy zamkniętych obu klapach.
Zaczynając wywód tym drastycznym prologiem zastanawiam się czy przypadkiem szanowny pan nie trafił w sedno. Jak jest z naszą świadomością kulturalną? I to nie tylko w muzyce- świat dźwięku i świat obrazu od zawsze są ściśle ze sobą związane. Obawiam się, że większość z naszych krajan ogląda, a raczej patrzy na plakaty festiwali kulturalnych czy też na okładki płyt ze świadomością rozwielitki.
Wiele jest blogów o muzyce, blogów z recenzjami płyt czy wydarzeń muzycznych, tymczasem na próżno w nich szukać kilku zdań o okładce płyty, o samym sposobie wydania, o identyfikacji festiwalu czy o wizerunku scenicznym zespołu. Tymczasem ja- i zapewne nie jestem w tym odosobniony- mimo negatywnych nacechowań frazeologizmu "oceniać po okładce", w nieudolności swojej właśnie okładką kieruję się przy wyborze płyty, książki czy filmu. Tu przydałoby się zaprzeczyć wielkim umysłom tego świata, że "zewnętrze" nic nam nie mówi o wnętrzu.
Wielu artystów świadomych, że dobry produkt powinien być dobrze opakowany, tworzy ze swojego albumu dizajnerski rarytas, który nawet bez zawartej w środku muzyki chciałoby się umieścić na półce z płytami. Z drugiej strony, wcale świecy nie potrzeba, żeby znaleźć na ulicznych słupach ogłoszeniowych czy na sklepowych półkach projektowe katastrofy, dość śmiało komunikujące nam, że w środku może i są kwiaty, ale sztuczne i śmierdzą potwornie.
Zaczynając wywód tym drastycznym prologiem zastanawiam się czy przypadkiem szanowny pan nie trafił w sedno. Jak jest z naszą świadomością kulturalną? I to nie tylko w muzyce- świat dźwięku i świat obrazu od zawsze są ściśle ze sobą związane. Obawiam się, że większość z naszych krajan ogląda, a raczej patrzy na plakaty festiwali kulturalnych czy też na okładki płyt ze świadomością rozwielitki.
Wiele jest blogów o muzyce, blogów z recenzjami płyt czy wydarzeń muzycznych, tymczasem na próżno w nich szukać kilku zdań o okładce płyty, o samym sposobie wydania, o identyfikacji festiwalu czy o wizerunku scenicznym zespołu. Tymczasem ja- i zapewne nie jestem w tym odosobniony- mimo negatywnych nacechowań frazeologizmu "oceniać po okładce", w nieudolności swojej właśnie okładką kieruję się przy wyborze płyty, książki czy filmu. Tu przydałoby się zaprzeczyć wielkim umysłom tego świata, że "zewnętrze" nic nam nie mówi o wnętrzu.
Wielu artystów świadomych, że dobry produkt powinien być dobrze opakowany, tworzy ze swojego albumu dizajnerski rarytas, który nawet bez zawartej w środku muzyki chciałoby się umieścić na półce z płytami. Z drugiej strony, wcale świecy nie potrzeba, żeby znaleźć na ulicznych słupach ogłoszeniowych czy na sklepowych półkach projektowe katastrofy, dość śmiało komunikujące nam, że w środku może i są kwiaty, ale sztuczne i śmierdzą potwornie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












